Zagórzanie - Mszana Dolna i okolice home| mapa serwisu
Dzisiaj jest niedziela,
5 lutego 2012 roku.

Wspomnienia z września 1939 r.

  

Wspomnienia z września 1939 r –

Anny PINDELA - KADŁUBEK

z Mszany Dolnej

   

(„ŹRÓDŁO” – Nr. 11/2006)

 

***


„Ułani z Hołobów" ...

W chwili wybuchu II wojny światowej miałam siedem lat i, jak wielu Polaków w tym czasie, przeżyłam koszmar ucieczki na wschód, przed niemiecką nawałnicą. Wraz z rodzicami i krewnymi uciekaliśmy furmankami.
Po wielu dniach wędrówki piaszczystymi drogami, przejeżdżając przez miasteczka i wioski kresowej Polski, nocując po lasach, niejednokrotnie ostrzeliwani przez bandy ukraińskich nacjonalistów, dotarliśmy do Hołobów. Miasteczko płonęło. Na nieobjętych pożogą budynkach łopotały złowieszczo sowieckie flagi z sierpem i młotem. Chociaż widok miasteczka był porażający, to do dziś przed oczami jawi się obraz przepięknego kościółka, z jego również urokliwymi zabudowaniami probostwa.
Niestety, nie udało nam się obejrzeć wnętrza kościoła, chociaż moja babcia bardzo chciała się tam pomodlić i prosić Matkę Bożą o dalszą opiekę nad nami. Drzwi kościoła pozostały zamknięte.
Schronienie znaleźliśmy w miejscowej szkole, dzięki uprzejmości jej dyrektora - Polaka. Nad bramą, przed wejściem do szkoły, wisiały sowieckie flagi. W pewnym momencie, jak spod ziemi, na podwórku szkolnym pojawiło się sześciu polskich ułanów na koniach. Z biciem serca patrzyliśmy jak lancami zrywali czerwone flagi, ciskając je na ziemię, a dzieła ich zniszczenia dopełniały końskie kopyta.
Najmłodsza siostra mojej mamy, późniejsza łączniczka Armii Krajowej, wówczas młoda urocza dziewczyna, podeszła do ułanów niosąc im kosz dorodnych czerwonych jabłek, tworząc nieświadomie na żywo, w tych dramatycznych okolicznościach, iście Kossakowski obraz; po czym, z okrzykiem: "Jeszcze Polska nie zginęła", ułani odjechali. Jeszcze dzisiaj, pomimo upływu dziesiątków lat, w uszach brzmi mi ich okrzyk, a przed załzawionymi oczami jawi się obraz oddalających się w tumanach kurzu i dymu ułanów.
Zastanawialiśmy się, co ich czeka: niewola, śmierć...?
Wydarzenia z 17 września i następne dni przekonały nas, że dalsza ucieczka nie ma sensu i chociaż nie wyobrażaliśmy sobie jeszcze okropności hitlerowskiej okupacji i nie wiedzieliśmy, co dzieje się w naszych rodzinnych stronach, to mieliśmy wrażenie przysłowiowego deszczu i rynny. Postanowiliśmy zatem opuścić Hołoby.
Po kilku dniach dotarliśmy do okupowanego już wtedy przez Armię Czerwoną Kowla. Tam spędziliśmy noc. Przed wyjazdem w dalszą drogę mój tata i wujek udali się, by zdobyć coś do jedzenia. Wracając dowiedzieli się, że w miejscowej szkole leżą na podłodze i ławkach zabici polscy żołnierze. Wiedzeni po części ciekawością, a po części nadzieją, że wśród zabitych nie odnajdą znajomych, postanowili tam wejść. Z ich relacji dowiedzieliśmy się, że widok martwych, zmasakrowanych ciał był przerażający, a niektórzy z nich byli w ułańskich mundurach. Ojciec mój nigdy, nawet po latach, mimo że niejednokrotnie pytałam, nie powiedział mi, czy pośród nich rozpoznał, któregoś z hołobowieckich ułanów.
Po następnych kilku dniach dotarliśmy do Brześcia nad Bugiem, by po dwutygodniowych staraniach o przepustkę, ruszyć na zachód, pod okupację niemiecką, do rodzinnej małopolskiej miejscowości.
Mnie i mojej rodzinie udało się szczęśliwie wrócić z ucieczki, ale wielu podobnym tułaczom - nie; zginęli od ukraińskich, sowieckich czy niemieckich kul. Wielu nie zdążyło przekroczyć granicy, przepadli w sowieckich więzieniach i łagrach.
Po latach, z Waszego artykułu, dowiedziałam się o dalszych losach kościółka w Hołobach. Ale co się stało z polskimi mieszkańcami miasteczka, co z dyrektorem szkoły, czy podzielili los ułanów z Hołobów? ...

Anna Kadłubek

z Mszany Dolnej

***

powrót

 

Projekt i wykonanie Remnet Copyright © Władysław Maciejczak 2007 All Rights Reserved